A miało być wspaniale….

Dzień doBryś moi drodzy czytelnicy,

W ten weekend trwa fundacyjne spotkanie dla osób, które mają psy przewodniki z tej fundacji, w której Asia pracuje. Oczywiście pojechałyśmy tam dzisiaj. Spotkałam kilku psich kumpli – znajomych i nieznajomych. Przez pierwszą część dnia było mało ciekawie, no przynajmniej dla nas – zwierzaków. Bo wiecie, wszyscy obecni tam ludzie wyglądali na zaciekawionych. Zajęcia prowadziła Justyna – nasza zaprzyjaźniona pani doktor weterynarz. Jak mówię, ludzie uważnie słuchali, ale my psy musieliśmy spokojnie leżeć. Za to druga połowa dnia zapowiadała się ciekawiej. Mieliśmy udać się na biegalnię i poszaleć z kumplami. Niestety, bolała mnie łapka i zostało to zauważone, dlatego zamiast na wybieg Asia zawiozła mnie prosto do weterynarza. Lekarz był miły i nic specjalnie strasznego mi nie robił. Ukuł mnie tylko dwa razy w kark, obejrzał łapki i gardło. Stwierdził, że jestem przeziębiona i że musimy jutro znów zgłosić się do lekarza.

A już się cieszyłam, że się pobawię. Życie pisze niespodziewane scenariusze.

Merdam przyjaźnie –

Bunia SkarBunia

Reklamy
Opublikowano Zejdźmy na psy | Dodaj komentarz

Ale my głaszczemy, bo lubimy pieski….

Zdanie, jak w tytule, usłyszałam od pewnej mamy z dzieckiem, gdy wysiadałam z wysokopodłogowego tramwaju. Usłyszałam zachwyty nad Bunią i zostałam nieco pociągnięta w dół z wysokich schodów, więc pomyślałam, że pewnie ta zachwycaczka razem ze swoją małą córeczką pogłaskały Buniolota. Dlatego powiedziałam: „Proszę nie głaskać psa”, a w odpowiedzi usłyszałam wspomniane zdanie.

Niektórzy ludzie nie myślą, a szkoda, bo myślenie jest przyszłością narodu. Widać jednak, że pewnym osobom (zgodnie z innym powiedzeniem) myślenie sprawia ból.

Po tej historii nasunęła mi się nieco brutalna konkluzja, że lepiej być kretem niż kretynem. Nie powiedziałam tego owej pani, ponieważ z całą pewnością nie wiedziałaby, kto jest kto. 🙂

Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz

Odrobaczyć Brysia…

Dziś odezwało mi się w telefonie przypomnienie jak w tytule wpisu. Rzeczywiście ustawiłam coś takiego pół roku temu, bo odrobaczałam Brysia co pół roku. Nie przypuszczałam wtedy, że w ciągu niecałych dwóch miesięcy od ustawienia tego przypomnienia Brysia już nie będzie. A konkluzja jest banalna do bólu: życie (a raczej w tym wypadku śmierć) pisze tak zaskakujące scenariusze, że  człowiek w życiu czegoś takiego by nie wymyślił.

Piszę o Brysiu i dość często o nim myślę, ale to nie znaczy, że mam jakiś problem z Bunią, że jej nie lubię, nie akceptuję, że źle mi się z nią pracuje, itd. Nic z tych rzeczy. Bunia jest super i Bryś też był wspaniały – każdy na swój sposób. To naprawdę wielki dar od losu móc pracować, przyjaźnić się i dzielić kawał życia z takimi psimi Skarbami. Dzisiaj – w dniu psa – szacun dla Was, moje kochane zwierzaczki! Buniolota właśnie miziam, a Bryś pewnie patrzy na mnie z jakiejś chmurki.

Opublikowano Przemyślenia | Dodaj komentarz

Fasolka po kolumbijsku i makaron po japońsku

Może nazwy tych dwóch potraw kojarzą się Wam z mundialem? Jeśli tak, to macie całkowitą rację. Ci, którzy zaglądają na FB, wiedzą, skąd wzięła się fasolka po kolumbijsku. Dlatego powiem krótko: fasolkę szparagową, taką najzwyklejszą, gotowałam w trakcie meczu z Kolumbią i znacznie lepiej mi się udała niż gra Biało-Czerwonych.To moja koleżanka z pracy nazwała fasolkę fasolką po kolumbijsku. Takie proste, a brzmi dumnie. Grunt to marketing.

A makaron po japońsku był robiony wczoraj na mecz z Japonią i do spożycia w najlepszym towarzystwie.

Przepis jest następujący:

  1. Ugotować makaron – jakiś grubszy.
  2. Pokroić pierś z kurczaka i usmażyć z przyprawami: ja użyłam przyprawy uniwersalnej, soli i pieprzu.
  3. Jak kurczak jest dobrze usmażony, wrzucić ananasa z puszki z odrobiną soku. Kupiłam ananasa w kawałkach, a nie w talarkach, więc nie musiałam kroić. To się ma razem trochę pogotować.
  4. Wrzucić kurczaka do makaronu.
  5. Posiekać czosnek i trochę go podsmażyć na maśle.
  6. Dodać szklankę wody, trochę soli i dwa serki topione klasyczne, jak ja to nazywam, w wagoniku: czyli takie długie prostokąty.
  7. Mieszać cały czas, aż się serek ładnie rozpuści i połączy. Ewentualnie doprawić sos do smaku.
  8. Wlać sos do makaronu i wymieszać.
    1. Smacznego.
Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz

To takie polskie….

Ostatnio słyszałam  jak najbardziej słuszne narzekania na suszę, upały, straty w plonach i tak dalej. Za to dziś rano, a dokładnie o 08:10, obudziło mnie głośne wyrzekanie na deszcz, które było gęsto przeplatane wiadomymi słowami na k… Autor tych narzekań co prawda łaskawie zezwalał, żeby w nocy padało, ale krzyczał, że w dzień to naprawdę, k….. nie powinno.

To już nawet ja nie narzekam na deszcz, bo wiem, że potrzebny, choć nie mogę używać ani parasola, ani kaptura.

Wniosek jest jeden: bardzo dobrze, że ludzie nie mogą sterować pogodą, bo to by dopiero było!

Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz

Zgubiłam malinę

Nie, drodzy czytelnicy, nie myli Was ani wzrok, ani słuch, ani też dotyk, bo przecież ktoś może czytać ten wpis na linijce brajlowskiej. Nie mylicie się więc: zgubiłam malinę. To zdarzenie – wysoce denerwujące osobę niewidomą – miało miejsce wczoraj rano. Zakupiłam pyszne maliny w moim ulubionym, zaprzyjaźnionym warzywniaku. Przyniosłam je do domu i zaczęłam jeść. Wtedy to jedna malina mi wypadła. Szukałam i szukałam po podłodze, ale naprawdę maliny nie było. Myślałam, że może Bunia ją zjadła w ramach eksperymentu. Bryś wprawdzie, choć był zaprzysięgłym żarłokiem, malin ani truskawek nie ruszał. Ale kto wie…. Może Bunia lubi. Jednym słowem, zdawało mi się, że malina pogrążyła się w  niebycie. Tymczasem dziś jakoś tak klapek mi się do podłogi przykleił. Patrzę, o co chodzi, a tu malinowy, przyklejony do podłogi placuszek. Musiałam tę nieszczęsną malinę zdrapywać. Teraz przynajmniej mam ją z głowy, a może raczej z nogi, z kapcia i z podłogi, oczywiście do następnego zakupu.  Bo wiecie, ja lubię słodkie niespodzianki, ale może nie takie…

Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz

Piesek, a dlacego?

Dziś, kiedy wsiadłam do autobusu, weszła za mną pani z małą, może czteroletnią Asią.

  • A dlacego piesek? – Zapytała dziewczynka.
  • -Popatrz Asiu, to jest piesek przewodnik. – Odpowiedziała mama.
  • I wtedy lawina pytań ruszyła: -A dlacego?
  • – On pani pomaga iść.
  • -A dlacego?
  • -Bo pani nie widzi i piesek za nią patrzy.
  • -A dlacego?
  • -Żeby pani mogła bezpiecznie chodzić, bo nie widzi.
  • -A dlacego?
  • -No nie wiem, córeczko, może pani była chora.
  • -A dlacego?
  • -No nie wiem. Popatrz, pani powiedziała „siad” i piesek usiadł.
  • -A dlacego?
  • -Bo jest grzeczny i słucha pani.
  • -A dlacego
  • -Bo on jest specjalnie nauczony, żeby być grzecznym.
    • -A dlacego?
      • I tak dalej, i tak dalej…. Dzieci to dopiero są dociekliwe! A tej mamie też gratuluję cierpliwości i dbałości o edukację.
Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz