O zapowiedziach przystanków w radomskich autobusach

Ostatnio zdarzyło mi się jechać komunikacją miejską w Radomiu, czego nie robiłam od niepamiętnych czasów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dość chyba stary i mocno roztelepany autobus linii 12 miał zapowiedzi przystanków. System podobny był do bydgoskiego: na początek głośny akord, a potem zapowiedź męskim głosem syntetycznym. Zapowiedzi były na czas, tylko że autobus rozklekotany, więc nieraz słowa syntezatora ginęły w klekocie. W sumie system byłby niezły, gdyby nie to zagłuszanie i jeszcze jedna rzecz. Jakieś 3 przystanki przed końcem trasy, a jechałam na końcowy, czy jak kto woli – na pętlę lub krańcówkę, zapowiedzi zrobiły się „dla wtajemniczonych”. Już kiedyś opisywałam jak wyglądają zapowiedzi dla wtajemniczonych, ale przypomnę: z zapowiedzi słychać tylko: „następny przystanek”, a potem jest cisza. To samo przy dojeździe do przystanku: albo słychać słowo „przystanek” i nic więcej, albo – jak było teraz – sam akord.

W sumie to średnio ocena zapowiedzi wypadła, ale moim zdaniem dobrze, że są, bo wtedy jest nadzieja, że niedoróbki będą poprawiane. A jak nie byłoby zapowiedzi, to pewnie nikt by się za nie nie wziął.

Reklamy
Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz

Błyskotliwe dziecko

Ze 2 dni temu, kiedy jechałam autobusem do pracy, byłam świadkiem nastepującej rozmowy między mniej więcej czteroletnim chłopcem, a jego tatą:

  • Tato, co to jest – pyta mały wskazując na zewnętrzny wyświetlacz z numerem autobusu.
  • – To taki wyświetlacz – tłumaczy tata – na którym z ulicy widać numer autobusu, żeby było wiadomo, czy to nasz autobus, czy on nam pasuje.
  • – A, to taki telewizor z numerem – mówi synek.
  • – Tato, a co to jest? – pyta, wskazując półkę na torby.
  • – To taka półka, żeby położyć torbę albo walizkę….
  • – Albo naleśniki – kończy mały w rozmarzeniu.
    • Dzieci to mają pomysły.
Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz

A myślałam, że mam wstać wcześnie…

Kiedy kładłam się spać, myślałam, że mam wstać wcześnie (przed 5), bo o 07:00 mam busa do rodziców. Jednak w życiu nie pomyślałam, że to „wstać wcześnie’ aż tak mi się  sprawdzi. Obudziłam się mianowicie o 01:30 i ani kawałka spania 😦 Słyszałam nieraz, że jak ktoś ma co robić w życiu i po całym dniu jest zmęczony, to śpi normalnie. Niestety, nie zawsze to działa. Wielokrotnie już tu pisałam, że takie jazdy ze snem są okropne, więc nie będę się powtarzać.

Opublikowano Dzień za dniem | 2 Komentarze

Pierogi leniwe – udało się

Tak, tak, właśnie jak w tytule. Udało mi się dziś zrobić pierogi leniwe. Rzeczywiście samo robienie, to proces dla leniwych, zwłaszcza jeśli ma się thermomix i w nim zrobi ciasto, ale sprzątania potem jest sporo.

Jednak po kolei. Samo wymieszanie ciasta to nie problem: 400g sera białego tłustego, 200g mąki pszennej, jedno jajko i łyżeczka soli.

Gdy już ciasto było gotowe, zrobiłam wałki, spłaszczyłam i pokkroiłam na podłużne kluski. To umiem, bo to zawsze w domu robiłam. Bardziej bałam się wrzucania i wyławiania, jednak i to udało mi się ogarnąć.

Wodę zagotowałam w dużym, dość szerokim garnku, a pierogi wrzucałam sporym sitkiem z rączką. Włożyłam je do sitka, sitko zanurzyłam w garnku, a potem tylko przechyliłam i same wpadły bez chlapania. Później łyżką sprawdzałam, czy już wypłynęły, a wyławiałam je, czerpiąc tym samym sitkiem. Trzeba tylko poczekać, żeby woda z sitka wykapała.

Już z tych emocji nie robiłam żadnej omasty do tych pierogów, tylko z solą je zjadłam, ale i tak były dobre – smakowały sukcesem – i tylko niektóre się rozleciały.

Udało mi się też potem rozkręcić thermomix, wyjąć z niego noże i porządnie wszystko umyć. Na koniec złożyłam urządzenie i żadna część nie została. 🙂 Za to na jutro do pracy mam jeszcze leniwce.

Pewnie niektórzy czytający ten wpis uśmiechną się pod nosem lub pod wąsem i powiedzą: „że też ci się chciało”! A, no chciało mi się, bo ja lubię wyzwania kulinarne.

Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz

Co dobre, szybko się kończy

Dziś dowiedziałam się, że miejsce, w którym można dobrze i tanio zjeść, kończy swoją działalność. Podobno już w przyszłym tygodniu ma być zamknięte. Szkoda, bo miejsce było naprawdę miłe, obsługa przesympatyczna i pomocna i w ogóle super. Ciekawe, czy na tym miejscu pojawi się jakiś lokal gastronomiczny, czy coś innego. Ja wprawdzie gotować lubię i to się nie zmieniło, ale fajnie mieć takie miejsce, do którego można się udać w razie napadu lenistwa lub przyjścia gości, z którymi chce się po prostu posiedzieć i pogadać. I oczywiście nie bez znaczenia jest to, że w lokalu, o którym myślę, nie pozostawiało się fortuny, a przy tym nie wychodziło się głodnym.

Podobno jeszcze nie ma informacji na drzwiach, że lokal zostanie zamknięty, dlatego nazwę i adres pozostawiam domyślności co wytrwalszych czytelników mojego bloga.

W każdym razie szkoda. Nie wiem, czy z okazji ostatnich dni działalności nie udam się tam na obiad też i jutro – już tak na pożegnanie.

Opublikowano Dzień za dniem | Dodaj komentarz

O tym, jak rowerzystka prawie w nas wjechała, czyli trochę o odblaskach

Ostatnio tak się składało, że dość późno (po 21:00) wracałam z pracy. Raz wysiedliśmy z Brylantem na przystanku i ruszyliśmy w stronę przejścia przez ul. Płocką. Nagle usłyszałam gwałtowny, a niezidentyfikowany dźwięk, a Bryś aż się skulił ze strachu i przytulił się do moich nóg. Na pytanie jakiejś pani, czy nic mi się nie stało, odpowiedziałam pytaniem: – A o co w ogóle chodzi?

Usłyszałam, że pies wyszedł pod rower i że pani musiała ostro hamować. jRzeczywiście trochę nas wtedy zarzuciło i to mógł być powód. Druga możliwość jest taka, że byłam zbyt mało widoczna i pies też, zatem pani zobaczyła nas w ostatniej chwili. Jeżeli tak, to znaczy, że muszę zaopatrzyć się w więcej odblasków. (Teraz mam jeden na plecaku).

Swoją drogą przypomina mi się jeszcze jedna historia związana z odblaskami, a pokazująca, jak czasem osoby widzące nie rozumieją specyfiki niewidzenia.

Zapytałam kiedyś jednego widzącego gościa, czy jak zawieszę odblask na plecaku (pokazałam konkretne miejsce), to czy ten odblask będzie widoczny. Na to ten człowiek odpowiedział, że jak padną na niego światła samochodu to tak. Ale przecież ja to wiem, że trzeba światła, żeby odblask był widoczny. Mnie chodziło o to, czy w tym akurat miejscu odblask będzie łatwy do oświetlenia przez światła, a tego już nie byłam pewna.

Opublikowano Dzień za dniem | 1 komentarz

Ekologiczne szaleństwo

Teraz dużo sie słyszy o ekologicznej żywności, która jest okropnie droga, to przede wszystkim. Jestem w stanie uwierzyć, że nie stosuje się np. do upraw ekologicznych różnego rodzaju chemicznych nawozów, ale przecież te uprawy rosną w tej samej ziemi, co wszystkie inne. Podlewane są też tą samą wodą i wystawione na to samo zatrute powietrze. Dlatego z tą ekologią, to moim zdaniem, nie do końca prawda.

A pomyślałam sobie o tym, bo jechałam wczoraj do domu autobusem i jechało tam pewne dość głośne towarzystwo. Dokładnie mówiąc, najbardziej głośny był jeden pan, który czarował pozostałe panie i bezustannie przedstawiał swoje mądrości. Jeden z tematów, który poruszył, to były ekologiczne cmentarze. Ta ich ekologiczność polega podobno na tym, że do pochówku używa się materiałów, które jak najszybciej rozkładają się w ziemi. Zdziwiło mnie, że w ogóle coś takiego istnieje.

Opublikowano Dzień za dniem | 2 Komentarze